poniedziałek, 25 lutego 2013

Samotność Nadzieji cz.3 ost.




Czy kiedykolwiek czuliście zapach majowej trawy po deszczu?
Ten zapach Nadzieja poczuła najpierw zanim otworzyła oczy. Zapach soczystej świeżości, zapach wiosny.
Poczuła jak wiosenne słońce wykonuje na jej twarzy taniec radości. Zaczerpnęła tchu, a jej płuca wypełniło powietrze tak czyste i słodkie jak zapamiętała je z wczesnej młodości. Nigdy później pietrze już tak nie smakowało.
Czy kiedykolwiek czuliście ten słodkawy smak powietrza?
I właśnie wtedy otworzyła oczy...
Najpierw ujrzała niebo o barwie głębokiego błękitu.
Czy wiecie, że tylko wiosną niebo ma taki kolor? Latem staje się coraz jaśniejsze by wczesną jesienią mieć niebieski kolor zabarwiony szarością?
Wiele razy jej oczy widziały takie niebo, wiele wiosen. Teraz czuła, że ma czas, mogła siedzieć patrzeć tak długo jak chciała. Cieszyła się i czuła tą wiosenną lekkość.
Więc siedziała w swoim fotelu i podziwiała. Czy upłynęło piec minut czy pięć godzin nie wiem i ona tego też nie wiedziała.
Wiatr tak delikatny jak oddech ukochanego na twarzy poruszył liśćmi na drzewach.
Czy wiecie, że tylko w maju drzewa szumią niemalże bezgłośnie?
Nadzieja wiedziała.
Podniosła głowę i ujrzała aleję leszczyn pokrytych drobnymi listkami tak delikatnymi jak skrzydła ważki. Wiedziała, ze może patrzeć ile będzie chciała, ale wiedziała też, że na końcu alei ktoś na nią czeka. Wstała z lekkością jaką posiada młody człowiek.
Czy wiecie ileż energii i szczęścia kryje sprężyste, mocne, silne i młode ciało? Nie? To poczekajcie, aż pokryjecie się zmarszczkami. Docenicie to co jeszcze dziś posiadacie.
Miała na sobie białą suknię tę którą włożyła jedyny raz w dzień swego ślubu. Dopasowana w biuście i tali miękko układała się na biodrach i udach. Zawsze była niska i szczupła, ale dopiero teraz zrozumiała jak bardzo kochała swoje ciało...
Jej bose stopy znużyły się w miękkim kobiercu mchów i traw. Leszczynowa alejka była dokładnie taka jak ją zapamiętała. Taka sama jak ta, która prowadziła do szlacheckiego dworku, w którym jej ojciec był ogrodnikiem. Na końcu drogi stała szczupła i wysoka postać, tak dobrze jej znana i kochana.
Wiedziała, że po raz pierwszy nie musi się spieszyć  Może napawać swe zmysły smakiem, zapachem wiosny. Ruszyła powoli, stawiała stopy jedna za drugą, rokoszowała się tym co odczuwała.
Czy minęło pięć minut, czy pięć godzin? Nie wiem i ona też nie wiedziała.
Kiedy dotarła do końca alei stanęła przed nim. Wyglądał tak jakim go zapamiętała. Tak jak w najważniejszym dniu ich życia. Tak jak w dzień ślubu miał na sobie frak, włosy zaczesane do góry. Pamiętała doskonale jasne szare oczy, lekko odstające uszy, które wywoływały czułość w jej sercu.
Wziął jej dłonie w swoje, uśmiechną się:
-Nadziejo nigdy nie trać nadziei. Po nocy zawsze nastaje świt...- wyszeptał cicho.
Gdzieś tam w innym wymiarze, na ziemi razem ze świtem nastała odwilż...  

piątek, 22 lutego 2013

Samotność Nadzieji cz.2

Kolejny dzień i spadek temperatury o kolejne dwa stopnia. Dla wielu ludzi dwa stopnie mniej na zewnątrz nie wiele znaczyły. Dla niej były kolejnym krokiem ku wieczności  Doskonale zdawał sobie sprawę że opału starczy na jeszcze dwa najwyżej trzy dni. Gdy było mniej śniegu chodziła do lasu po chrust, ale teraz śnieg wszystko przysypał, a i ona nie miała już tyle siły by chodzić po lesie.
Imię jakie nadali jej rodzice kazało wierzyć i mieć nadzieję, na na dniach przyjdzie odwilż. Rozsądek mówił coś innego.
-Nadziejo nigdy nie trać nadziei- najpierw ojciec pocieszał ją tymi słowami później mąż. A kiedy wszyscy ją opuścili sama się pocieszała:
-Nadziejo nie trać nadziei- tak właśnie tak miała na imię: Nadzieja. Teraz już nikt nie nadaje tego imienia córkom.
Cały czas liczyła na cud, że przyjdzie odwilż, że któryś z synów w końcu przyjedzie. Listów nie wysyłała. Droga na pocztę była ponad jej siły, a i do sąsiadów daleko. Ułatwieniem był raz w tygodniu przyjeżdżający sklep obwoźny  w którym mogła zrobić zakupy. Raz w miesiącu zaglądał listonosz przynosząc emeryturę. Listów nie pisała, bo nie chciała sprawiać kłopotów, nie chciała być ciężarem.
Zostało jej tylko podzielić opał na mniejsze przydziały i próbować spalić te sztachety, które uda się jej wyrwać z płotu.
W jej domu od piętnastu lat panowała cisz. Piętnaście lat temu zmarł jej mąż. Wieczorami kiedy szczególnie doskwierała jej samotność włączała radio. Dźwięki z tego starego pudła skutecznie zagłuszały jej smutne myśli  Od niemalże piętnastu lat jej dni wypełniały te same czynności  które wykonywała odruchowo. Prace te wymagały on niej coraz większego wysiłku zawłaszcza w ostatnim roku. Zimą było jej już tak ciężko, że ograniczyła je do niezbędnego minimum. Dlatego w saloniku w sypialni cienka warstwa kurzu pokrywała meble i jej ukochane fotografie.
Rozpalała w piecu i siadała w fotelu przykrywając się grubym kocem z pudełkiem zdjęć na kolanach. Przeglądała je powoli z namaszczeniem i w ciszy. A na jej twarzy malowały się emocje minionych lat. Przed oczami miała żywe wspomnienia wesołe jaki i smutne, lecz wszystkie kochała bezgranicznie. Jedyną przerwą w jej rytuale były posiłki i ta godzinka lub dwie gdy słuchała radia...
Kolejne dni przyniosły spadek temperatury o kilka stopni. Tej nocy gdy mróz za oknem miała trzydzieści siedem stopni Nadzieja spaliła ostatnie sztachety, które wyrwała. Nadal miała nadzieję, że dzień przyniesie odwilż.
W ciągu dnia krzątała się po domu, bo wiedziała, ze tylko w ten sposób utrzyma ciało w cieple.lecz gdy wieczór był co raz bliżej ona była coraz bardziej zmęczona, a temperatura wciąż spadała.
Kiedy zapadł zmierzch jej stopy odmówiły posłuszeństwa, kolana się pod nią ugięły.
Wybrała pudełko z ulubionymi zdjęciami i tak jak zwykle usiadła w fotelu. Przeglądała fotografie dopóki palce nie zdrętwiały jej z zimna, jej oddech nie zamienił sie w obłoczki pary.
Naciągnęła koc pod samą brodę i patrzyła przed siebie wspominając najszczęśliwsze chwile. Nie chciała zamykać oczu, jednak powieki ciążyły jej coraz bardziej. W końcu zapadła w sen. Sen, z którego miała już się nie obudzić.
A śniła o...






C.D.N